czwartek, 13 grudnia 2012

KONIEC

Wszystkie osoby zainteresowane pomocą misji w Mpanshya lub adopcją serca dziecka z Afryki mogą pisać na adres:

bernadeta@adopcjaserca.org

Polecam także oficjalną stronę Adopcji Serca na Facebooku:

http://www.facebook.com/pages/Adopcja-Serca/490602917619596?ref=ts&fref=ts

Pozdrawiam,
Marcin :):):)

13.12.2012...I'm back ;)...




Heathrow w Londynie;) 

Wstałem przed 5 rano, na spokojnie się spakowałem i wyszedłem z hotelu ;).
Yotel ;)

Ten hotelik to super sprawa ;). Wyspałem się spokojnie, wykąpałem, zjadłem dwa batoniki coby mnie trzymało do samolotu ;). Po wyjściu z hotelu, trzeba zjechać schodami na dół i pójść od razu w lewo, do pociągu, który jedzie na terminal 3;)…
darmowa kolejka na terminale

Pociągiem jedziemy tylko jeden przystanek i wysiadamy. Jedziemy na górę windą albo schodami i kierujemy się już znakami na Terminal 3, z którego są odloty do Warszawy.

Ostatnia winda i wysiadłem na polu tuż przed wejściem do terminalu 3… trzeba wejść do środka i mnie pokierowało na sam koniec do stanowisk G. Tam wydrukowałem sobie kartę pokładową w automacie i następnie wyjechałem na górę, gdzie czeka kontrola bezpieczeństwa;)

Kontrola przebiegła niezwykle sprawnie, choć moja walizka wzbudziła zainteresowanie Pana od rtg… pewnie dlatego, że zobaczył tam różne rzeczy, np. słonia itp.;P…;)
Jak już przejdziecie przez  kontrolę bezpieczeństwa, to macie przed sobą cały terminal do dyspozycji ze wszystkimi sklepami i minibarami ;) tu przynajmniej jest co zjeść ;P nie tak jak na 5-tce…

Teraz sobie czekam aż mi otworzą Gate… czyli jeszcze z godzinkę ;)

Nareszcie nas wpuścili do samolotu;) zajmuję ostatnie miejsce w samolocie zaraz na ogonie ;)…
wsiadamy do samolotu

Yyy…właśnie zadzwoniła Aga. Jadą z Michałem po mnie do Warszawki, są już za Radomiem i usłyszeli w radiu, że są mgły na Okęciem i samoloty do Londynu nie startują… Jakby tak było to istnieje możliwość przekierowania naszego lotu do Katowic lub Krakowa ;P ale by były jaja :D:D:D… to wtedy ja bym musiał na nich czekać ;P… Mam jednak nadzieję, że jednak zostanie to Okęcie ;)

Startujemy…
Heathrow zaraz po starcie ;)

Osz kurka!!!!!.... ale tu biało!!!!! Właśnie jesteśmy nad Polską… ale horror ;)
biało tu ;P

Polska ;))))

Wylądowaliśmy !!! ;) teraz bagaże i do domku;)
klapy i szykujemy się do lądowania ;)

lądujemy ;)

.
.
.
W domu ;)

Wow… tyle wrażeń, przygód, spotkanych ludzi…

Bliskie spotkanie z misjami i wszystkim co z tą tematyką związane;)…

Teraz trzeba trochę odpocząć…

a potem…

kto wie ;)

...

środa, 12 grudnia 2012

Powrót...;)

Nadszedł wreszcie ten dzień powrotu;) Spakowałem się już wcześniej, dlatego teraz zostało tylko dostać się na lotnisko;)... Noc minęła bardzo szybko. Śniadanko i pakowanie walizek do samochodu... do godziny 4 rano nie padało... niestety od 4:15 lało już jak nie wiem!!!... Mpanshya przywitała mnie niesamowitym gorącem, a żegna deszczem...:) jedziemy do Lusaki: ja, s.Józefa, s.Valeria, Bernard, dwie pielęgniarki, jeszcze jeden facet i nasz kierowca :) Dużo nas dziś jedzie...
Droga minęła pół śpiąco i w silnym deszczu... W Lusace już tak mocno nie padało, ale s.Sabina dzwoniła, że w Mpanshya cały czas jest oberwanie chmury... nieźle...
Nie mam odprawy internetowej, więc muszę tradycyjnie boarding card dostać przy nadawaniu bagażu (odprawa nic mnie nie kosztowała).
Po dojechaniu na lotnisko, pożegnałem się z s.Józefą i s.Valerią i poszedłem na część dla odlotów międzynarodowych... zapakowałem wszystkie walizki na taśmę do prześwietlenia i po odebraniu bagażu ustawiłęm się w kolejce do check-in;)...

Okazało się, że będzie opóźnienie, bo samolot z Londynu jeszcze nie przyleciał...
Po ważeniu okazało się że mój bagaż waży 24kg i bez żadnych problemów poszedł na taśmę i pojechał sobie do Warszawy ;P

Odprawa na paszport i już mam bilet do Londynu... w Londynie dostanę bilecik do Warszawki;)
Po przejściu odprawy, przechodzi się do hali odlotów, gdzie na strefie bezcłowej mozna wydać resztę kwacha które Wam zostało ;)...nawet nie jest drogo, mnie zostalo jakieś 150000kwa, to kupiłem jeszcze parę pamiątek i colę za 10000kwa ;P

Jest już po 8, a samolot z Londynu jeszcze nie wylądował... hmmmm nie wiem ile to potrwa jeszcze...

Jest!!!... ląduje... no to mamy na bide ze dwie godzinki opóźnienia...

Nareszcie nas zawołali na odprawę:)... no to teraz już tylko wsiadać i lecimy;)

START!!!.. mamy 2 godziny opóźnienia, ale najważniejsze, że wreszcie wystartował... nadal pada i to dosyć mocno...

Na razie za oknem same chmury...ale soczek już wypiłem;)... Dzisiaj jest dużo lepsza obsluga niż jak leciałem do Zambii.... zdecydowanie bardziej dbają o pasażerów;)

Cofnąlem już zegarek o 2 godziny...w Londynie jest teraz 10:25...

Na mapie pokazuje mi, że za niedługo będziemy na równiku ;)... ciekawe o której godzinie go przekroczymy???? ;)

Jest!!! RÓWNIK!!!! godzina 11:00 czasu Londyńskiego!!! ;)... same chmury widać;) ale za to fajne wzorki za oknem mamy ;)

WOW!!! SAHARA!!! ale widoki!!!!!!! :):):)):):):):)...




widok z 10km ;)





Jest 16:10...właśnie opuściliśmy kontynent afrykański i znajdujemy się nad morzem śródziemnym ;)

18:30... LONDYN!!!... no to większa część trasy już za mną;), teraz 14 godzinek i lecę do Warszawy;)

Nie bede siedziął na lotnisku, Aga zarezerwowala dla mnie hotel "YOTEL" na Terminalu 4 ;)... tzw hotel kapsułowy ;)... fajny bajer :) jest łóżko, prysznic, tv, internet;)...65 funtów za 4m2 powierzchni ;P... ale za to wyśpię się normalnie i jutro do Polski ;)
fantastyczny hotelik ;)


spotkanie

Poszedłem jednak do Kaschimbo... zdecydowałem, że spróbuję znaleźć ich wioskę. Zabrałem koperty dla Meodego i Bonifacego i poszedłem szukać... jak to się mówi, koniec języka za przewodnika i w końcu nie dość, że mi wskazali drogę, to mnie nawet tam zaprowadzili :).
domek w buszu

Szliśmy dosyć długo przez busz, aż wreszcie doszliśmy do wioski, gdzie spotkałem Meodego:). Mały jak mnie zobaczył od razu przybiegł do mnie i się przytulił :). Strasznie to było miłe, chyba się nie spodziewał mnie tutaj jeszcze zobaczyć :)...


Pobawiliśmy się trochę, porobiliśmy zdjęcia i filmiki potem przyszedł Bonifacy :) i też się pobawiliśmy :).


Wręczyłem chłopakom koperty od s. Jakuby i dzieciaków :). A maluchy od razu zaczeły oglądać, co dostali
Jak już posiedzieliśmy, ruszyliśmy w drogę powrotną. Na drodze spotkaliśmy pomysłowego dzieciaka ;)
nowy samochód ;)

Spotkaliśmy wracającego właśnie z kościoła Pana Kaschimbo :). Pożegnałem się z nim :). Dostałem od niego nr telefonu :) i wróciłem do domku...
Po drodze spotkałem ks.Michała, który się zapytał czy do niego jadę, no to stwierdziłem, że na chwilkę podskoczę :)... Ksiądz powiedział, że będzie robił kolację, to powiedziałem, że idę do sióstr, a potem do niego przyjdę i po drodzę kupię coś na marketach. Wziąłem od niego skrzynkę z pustymi butelkami po coli,
którą ostatnio kupiłem, bo tu trzeba oddawać butelki i poszedłem. Ksiądz pożyczył swoją małą lampkę solarną, bo już się ciemno zrobiło...

Poszedłem w kierunku konwentu... idę sobie drogą między kościołem, a marketami, ciemno jak 150... lampka takie sobie światło daje i w pewnym momencie coś widzę na granicy krzaków i drogi... Idę dalej... to coś wystaje z krzaków i leży na drodze... idę dalej, ale zaczynam się temu czemuś przyglądać, a tu nagle...
SERCE MI ZAMARŁO!!!... to coś to była... KOBRA!!! najprawdziwsza na świecie kobra... Zdębiałem, kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować... wąż był już na drodze z dobre 50-60cm, ale jego reszta nadal była w krzakach... ja niosłem skrzynkę z butelkami...Kobra lekko się cofnęła w kierunku zarośli i zaczęła się podnosić... podniosła się jakieś 5cm nad ziemię i spłaszczyła swój kaptur za glową, więc na 1000% wiedzialem już że to jest kobra... powoli obszedłem gada szerokim łukiem, świecąc panicznie lampką dookoła czy gdzieś nie ma kolejnego... jak już ją minąłem to przyszła mi do głowy kretyńska myśl, że może bym jej zrobił zdjęcie, ale stałem już daleko od niej, a poza tym wąż cofnał się spowrotem do buszu... M..A..S..A..K..R..A... nigdy w zyciu tak się nie wystraszyłem... dosłownie miałem prawdziwą, żywą kobrę w odległości niecałego metra od siebie, na wąskiej drodze między krzakami... zmiażdżylo mnie to psychicznie... na sam koniec taki strzał... Dotarłem do konwentu cały mokry. Powiedziałem siostrom co mnie spotkało... Powiedziały, że trzeba uważać teraz, bo można trafić na węża...

Uffff.... trochę zlapałem oddechu, ale wrażenie nadal jest... zjedliśmy z siostrami kolację, dostałem prezenty;) orzeszki i ananaska... potem trochę pożartowaliśmy i poszełem do siebie...

Jak już trochę ochłonąłem, to zabrałem moja mocną latarkę i poszedłem jeszcze raz do ks.Michała... po takim doświadczeniu, to jak z koniem...jak spadniesz, to musisz wsiąść od razu, bo inaczej kaplica, tu tak samo... musiałem pójść do niego, żeby nie dać się strachowi... kupiłem picie na targu i znowu poszedłem drogą na kościół... tym razem szedłem bardzo czujnie, ale już nie było żadnych niespodzianek :) .... też mu opowiedziałem o spotkaniu, to powiedział, że kobra przynajmniej nie atakuje od razu... najpierw straszy, albo ucieka. Zdarzają sie tu też kobry plujące, ale i tak najgroźniejsze tu są czane mamby... W każdym razie, ks.Michał powiedział, że teraz przynajmniej mam juz całą Afrykę zaliczoną, bo jak spotkałem węża, to widziałem juz wszystko... Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, oglądnęliśmy skróty meczów i pożegnawszy się wróciłem do domku :)... CO ZA EMOCJE NA SAM KONIEC.... nie dość, że udalo mi się w buszu odnaleźć wioskę Meodego, to jeszcze mialem bliskie spotkanie z kobrą, na sam koniec mojego pobytu;)..uffff... teraz już siedzę w pokoju, jestem spakowany i przygotowany do wyjazdu... o 4:00 ruszamy do Lusaki!!! i do domku ;)... bagaż glowny waży 23kg (wg wagi którą mi dał siostra J.) a bagaż podręczny resztę ;P... teraz idę lulu ,bo zostało mi 5 godzin do pobudki;).... kurcze...szkoda, że nie mam zdjęcia tej kobry... byłoby mega zakończenie, ale z drugiej strony i tak się mega zakończyło, bo nadal mogę pisać bloga ;P...hihihi...
Pozdrowienia i DO ZOABACZENIA !!!

11.12.2012 - gotowy do wyjazdu - ostatni dzień

Jestem już spakowany... Mam 12kg nadbagażu, ale podzielę to na podręczny i powinno się udać.. problem w tym, że siostra ma dla mnie jeszcze 4 ananasy, orzechy i coś tam jeszcze. Nie wiem jak ja to zrobię, ale bedzie dobrze :). Doładowałem troszkę modem, wiec wysyłam dziś ostatnie relacje z Mpanshy.

Co do dziś :
to od rana sie pakowałem, bo lało jak nie wiem...po południu sie nagle wypogodziło, więc zrobiłem z kamerką wycieczke po Mpanshya. Odwiedziłem ks. Michała w domu i zrobiłem im światło na werandzie ;P Jak ks. Maciek jutro wróci z motorem, to będzie miał niespodziankę :). Potem poszedłem do Arki. Było mi bardzo miło, bo każdy mówił, że szkoda, że tak krótko tu byłem. Wzięli ode mnie maile i zobaczymy czy kontakt sie utrzyma :).

Byłem u Priscilli na moment... krótko bardzo, bo mnie kierowca pospieszał... Zdążyłem tylko wypakować rzeczy, pożegnałem się z mamą Priscilli. Od razu zakupy zostały przez nich wniesione do domku. Pod sam koniec przyszła Priscilla i też się pożegnała. Chwilę porozmawialismy, coś tam mówi po angielsku, więc nawet dobrze się rozmawiało. Ale mimo wszystko byłem bez Bernarda, więc było krótko... Rodzina bardzo się ucieszyła z tego co kupiłem :) (kupiłem głównie artykuły spożywcze oraz tornister i zeszyty dla Priscilli, na jakieś bardziej wymyślne prezenty nie starczyło mi czasu). Zauważyłem, że Priscilla bardzo lubi czarny kolor, bo ile razy ją widziałem, to głównie na czarno, ewentualnie na granatowo...

Teraz siedze w domku nawet nie pada i zrobiła się dosyć dobra pogoda.. Plan na jutro jest taki, że o 4 rano starujemy do Lusaki. Chcę być o 7 na lotnisku. Jak mi się uda i będą automaty, to się od razu odprawię. Jak nie, to pewnie trzeba będzie za odprawę dodatkowo zapłacić. Mógłbym ją zrobić przez internet i u sióstr wydrukować kartę pokładową, ale przy tej szybkości transferu, to może by mi ze 2 dni na to zeszło.. :/
Poza tym mam nadzieję, że nie będzie żadnego opóźnienia i wystartujemy o czasie... Dowiedziałem się, że jak ksiądz Gabryś miał wylatywać, to mieli 4 godziny opóźnienia, bo jeden pasażer się spóźnił na samolot. Jak będę w Londynie, to będę już dzwonił z mojego normalnego telefonu :). Tak czy tak, jakbym się dlugo nie odzywał nie należy panikować, bo może to oznaczać, że jeszcze lecę.

Chyba jeszcze wybiorę się na spacer... Może wybiorę się w strone Kaschimbo. Ale niestety raczej nie zdążę nikogo odwiedzić. Dzisiaj się dowiedziałem, że zmarł im ktoś w rodzinie.Nawet Bernard mówił, że lepiej dać sobie spokój. Może następny wolontariusz, który tu przyleci będzie miał więcej szczęścia i uda mu się spotkaćz tą rodziną.

A tak poza tym to wszystko jest ok. Nie mogę się doczekać powrotu do domu :)))).

wtorek, 11 grudnia 2012

10.11.2012 - Lusaka, targ… ostatnie zakupy

Wstaliśmy o 5 rano…leje niemiłosiernie przez całą noc i nadal pada… miednica, którą zostawiłem na polu, jest calusieńka wypełniona wodą. A to znaczy, że naprawdę dużo wody spadlo tej nocy, zresztą przed moim domkiem nie da się wejść na trawnik bo zalany… dobrze, że pokoje są na podmorówce i to nawet wysokiej, bo bym dzisiaj pływał…

Zjedlismy śniadanko i wyruszyliśmy w drogę. Dzisiaj żegnamy się z s.Faustyną, bo wraca do swojego domu w Lusace :). Jedziemy: ja, Keneth, s.Faustyna, s.Martha, p.Banda (kierowca), Bernard i jeszcze jedna kobieta, którą mamy zostawić w Chongwe… Mamy dziś zrobić zakupy dla szpitala, konwentu i nursing school – kupujemy ponad 100 bochenków chleba :)…

Pada cały czas. Niebo pokryte jest ciężkimi, czarno-granatowymi chmurami i leje. Nasze wycieraczki pozostawiają wiele do życzenia, tzn. jeśli chodzi o machanie, to machają całkiem żwawo, ale ze zbieraniem wody z szyby już gorzej :P… poza tym szyba z przodu w naszym samochodzie jest pęknięta na całej długości, więc też widok przez niż podzielony jest na gora-dół :P…
niebo
Dojechaliśmy do Chongwe, czyli zostało nam jakieś 40km do Lusaki :), pani nas już opuściła, a my nadal w deszczu jedziemy dalej…

Po drodze mijamy grupki ludzi idących poboczem, sprzedawców, którzy pomimo ulewy nadal siedzą przy swoich straganach… pozakrywali się brezentami i czekają na klientów :)…
tak się sprzedaje indyki przy drodze
ludzie śpią na zewnątrz
Im bliżej do Lusaki, tym mniej deszczu…ufff, może nie będzie dramatu, bo kurcze żadnych zakupów sobie nie zrobię. Dojechaliśmy do stacji benzynowej tuż przed samą Lusaką i tankujemy, ale nie ma prądu, więc czekamy czy włączą… hehehe…już się przyzwyczaiłem do tego :).

Na stację wjechała wielka ciężarówka, którą mijaliśmy po drodze…miała całkowicie rozwaloną jedną oponę, która wręcz całkowicie spadła z felgi, ale nadal się taki flak kręcił w naczepie i ona na tym jechała… oni tu w Zambii „Krokodylków” nie mają :P… Wreszcie nam się udało zatankować i pojechaliśmy do miasta.
cieżarówka na stacji

busik
Zostawilismy Bernarda przed jednym urzędem, bo miał tam pozałatwiać jakieś sprawy, a potem wrócić sobie do Mpanshya busikiem;)

W Lusace korki jak zwykle :)… Jedziemy tak sobie przez miasto, a nagle s.Martha się mnie pyta, czy wiem gdzie jedziemy? No to je odpowiadam, że nie… a ona na to, że do… domu i tam mnie zostawią :P… Jaaaaasne :D… Po jakimś czasie dojechaliśmy do domu :) okazało się, że to dom gdzie mieszka s.Faustyna :P hihihi… przywitała nas polska siostra, która już u nas w Mpanshya była kiedyś i zaprosiła na kawkę :).
s. Faustyna w koło domu ;)
Rozpakowaliśmy sodę, którą przywieźliśmy tu dla sióstr i poszliśmy na ciacho ;)… Siostry mają bardzo ładnie tu urządzone, a do tego rozbudowują się dosyć mocno. Z tego co mi s…….. powiedziała, to będzie tu szkoła dla nowych sióstr :)… Posiedzieliśmy tak ze 20 min, a na koniec, dostałem od siostry wspaniały prezent!!! Wisiał u sióstr w salonie gdzie siedzieliśmy, bardzo ładny, stary obraz przedstawiający afrykańską scenkę… bardzo mi się ten obraz podobał i powiedziałem, zupełnie szczerze, że jest fantastyczny…a siostra powiedziała że jak mi siępodoba to mi go daje…yyyyy…. Obraz na prawdę piękny, ale nie dlatego tak się nim zachwycałem, żeby go zabierać od razu. No ale siostra nalegała, więc co było zrobić… DOSTAŁEM PIĘKNY OBRAZ W PREZENCIE :):):):):):)!!!... pożegnaliśmy się z naszymi siostrami z Lusaki i pojechaliśmy dalej…
u sióstr
Najpierw poszliśmy do Banku, złożyć depozyt, który dostaliśmy od s.Sabiny ze szpitala… HORROR!!!... wchodzimy do banku, a tam masa ludzi. Bierzemy numer z automatu kolejkowego i wychodzi nr 843, a właśnie wywołali….215!!!!... toż to stania na parę godzin...

Ale nie z s.Marthą :D. Zdecydowaliśmy, że w takim układzie skoro jest tyle ludzi, to idziemy do kierownika banku :). Podobno jakiś znajomy s.Valerii i do tego były mieszkaniec Mpanshya ;)… Akurat w jedo biurze było spotkanie, to chwilkę sobie poczekaliśmy… Obserwowałem sobie ludzi… Cały przekrój społeczny był w tym banku. Meżczyźni w garniturach, z teczkami i iphonami, eleganckie kobiety… a z drugiej strony jakieś obdartuski, handlarze z towarem zawiniętym w chitengi… dookoła strażnicy z kałachami na ramieniu… tu wszędzie spotkacie mundurowych z kałasznikowami… w sklepie, markecie, banku, poczcie, ulicy, uniwersytecie… wszędzie. Robi to wrażenie i mimo wszystko człowiek czuje się nieswojo…
Kiedyś miałem tą broń w ręce i z niej strzelałem… wiem co potrafi…

No ale ;P… w końcu meeting w office się skończył i zapukaliśmy siostrą do niego. Za biurkiem w klimatyzowanym pomieszczeniu, siedział sobie pan kierownik. Ubrany w garnitur, z eleganckim krawatem i złotą obrączką, która na jego czarnych dłoniach była bardzo widoczna. Swoją drogą zauważyłem, że bardzo rzadko ktoś tu nosi obrączkę!... a gdy już noszą to zawsze na lewej dłoni, a nie prawej jak u nas… muszę się zapytać dlaczego?... Gdy nas zobaczył od razu się uśmiechnął i zaprosił do środka :). Po 5 minutach już byliśmy załatwieni, więc chwilkę sobie jeszcze siostra z nim porozmawiała i wyszliśmy. Kolejka nadal ogromna i wywoływali dopiero 220nr… ja nie wiem ile byśmy tam stali, jakbyśmy na skróty nie poszli… do wieczora pewnie…

Kolejnym naszym przystankiem był targ SOWETO MARKET… Dzień wcześniej, byłem u naszych księży i widziałem jak robili oni listę zakupów na imprezę dla dzieciaków, która staruje od czwartku. Powiedziałem im, że ja będę w Lusace robił zakupy dla Priscilli więc jakby chcieli, to żaden problem i mogę coś kupić, bo i tak będziemy na targu z siostrami. Chłopaki mówili, że zawsze jak idą na targ, to z powodu tego, że są biali wszystko jest kilkakrotnie droższe… U nas to by się nazywało od razu DYSKRYMINACJA i RASIZM :P… Ustaliliśmy, że kupię w takim razie kapentę, fasolę i wrep (rep - się czyta)…;)

Dla nich będzie wygodniej, jak my to przywieziemy, bo ks.Maciek jedzie we wtorek do Lusaki, ale ma przywieźć motor i może być ciężko z miejscem, nie mówiąc już o bezpieczeństwie dla jego nowego służbowego sprzętu, który dzięki MIVIe mógł zakupić dla misji. Na motorze łatwiej dojechać do buszu, a poza tym mało pali!!!!… (MIVA-organizacja która zajmuje się pomaganiem misjonarzom w zakupie środków transportu, bez których nie mogli by wypełniać swojego zadania).

Ale wracając do SOWETO MARKET…

wszystko można kupić
pomidorki? proszę bardzo
transport miejski
Jadąc tam, to już było na co popatrzeć. Tłumy ludzi, niezliczona ilość straganów, masa śmieci, błoto, samochody, wraki samochodów, które za stragany robiły i olbrzymi hałas czyli pomieszanie krzyków sprzedawców, odgłosu tłumu, jeżdżących i trąbiących na okrągło samochodów… wow… po prostu jak w filmie akcji!. Po dojechaniu na „parking”, gdzie było samo błoto, papiery i kamienie od razu obskoczyło nas kilku sprzedawców. Tym razem byli już dużo bardziej natarczywi niż gdzie indziej… Dobrze, że była siostra, na ten targ, to raczej turyści się nie zapuszczają, ale jeżeli by takiemu się czasem przytrafiło tu być, to życzę powodzenia… Pierwsze co siostra do mnie powiedziała to „secure your money”… a potem to już było tylko ciekawiej :P… poszliśmy szukać najpierw kapenty… była oczywiście i do tego całe stada much! Muchy siadają na wszystkim, czy to ryby, czy inne produkty żywnościowe… dużo ich wszędzie! Do tego straszny smród, bo trudno to, co czułem nazwać aromatycznym zapachem jedzenia… Ale chyba tyko ja na to zwracałem uwagę, dla tych ludzi to normalka, poza tym oni przecież to jedzą. Są po prostu do tego wszystkiego przyzwyczajeni…
kapenta

kupujemy kapentę
Dużo przyglądałem się dookoła. Takiego targowiska jeszcze nie wiedziałem :). Kupiliśmy z s.Marthą kapentę i fasolę dla księży, potem trochę kupiliśmy dla Priscilli. Następni poszliśmy jeszcze głębiej w targ, gdzie siostra kupiła katerpilars, a ja jeszcze kilka chiteng. Cały czas mnie ktoś zaczepiał, namawiał do podejścia na minutkę tylko do jego stoiska(nie dajcie się nabrać, bo jak pójdziecie to już się nie wyrwiecie :P), inny znowu chciał koniecznie, żebym mu zrobił zdjęcie, ale ja twardo że nie potrzebuję jego zdjęcia… po co mi kłopoty, albo potem chciałby kase za fotkę, albo by mi mogli aparat zabrać… i tak kilka fotek szpiegowskich z „biodra” zrobiłem i mam nadzieję że coś wyjdzie z tego ;)…
zdjęcie szpiegowskie -
smażone kurze łapki
Po zakupach zapakowaliśmy się do samochodu i jadąc w bardzo wielkim korku, udaliśmy się w kierunku Kabwata… na zakupy pamiątek :)…

Na Kabwata poszło nam szybko tym razem, bo już nie szukaliśmy tylko udaliśmy się do stoiska kobiet u których kupowaliśmy ostatnio. Tym razem też coś tam próbowały na nas zarobić, ale siostra się nie dała, więc znowu kupiliśmy parę fajnych rzeczy po dużo niższych cenach niż wyjściowe. Po Kabwata pojechaliśmy do marketu Mallisau kupić cukier, produkty na ciasto i te 100 bochenków chleba;).
W Mallisau poszlo szybko, bo tam już nie ma ścisku, zapakowaliśmy nasze katundu i obraliśmy kierunek na Manda Hill ;)

Zanim jednak dojechaliśmy do Manda Hill, zatrzymaliśmy się na jednej małej stacji benzynowej, gdzie zatankowaliśmy nasz… DACH!!!... :P
tankujemy dach

mocujemy zbiorniki
Po prostu, wieźliśmy na dachu kilka kanistrów i do nich został wlany diesel dla generatora w Mpanshya :))))… fajnie wyglądało to tankowanie, ale bardzo niebezpieczny to ładunek… zwłaszcza, że te zbiorniki przywiązane były tylko jednym sznurkiem, a większość dodatkowo była plastikowa z korkami, gdzie uszczelniaczem był kawałek roreczka plastikowego… ;P … Niektórym w Polsce pewnie się coś przypomni z dawnych lat ;)… Potem już pojechaliśmy do Manda…

Internet tym razem zawiodl na całej linii… dobrze, że chociaż kilka maili od bidy mi wysłało za 1,5h… no ale loozik, już niedługo będę w domku to nie będzie problemów :)… Kupiliśmy z siostrą resztę rzeczy z jej i z mojej listy i tak załadowani po dach naszego samochodu wyruszyliśmy w drogę powrotną do Mpanshya :).

Zaczynał się już zachód słońca, co prawda słońca nie było bo chmury, ale za to fajne widoki dzięki temu mieliśmy :). Widziałem jak gdzieś w oddali strasznie lało i znowu widoczna była granica między deszczem a suchym :)… Po drodze kupiliśmy jeszcze na targu kapustę dla księży, bo nie było wrepu i zabraliśmy z Chongwe tą kobietę, co to ja rano tam zawoziliśmy…
granica deszczu na horyzoncie
Tam chwilkę postaliśmy, a ja patrzyłem jak małe dzieci starają się złapać do plastikowych butelek i woreczków, latającą wszędzie insua… masa owadów tłocząca się w okolicach zapalonych lamp i dzieciaki, które próbowały ją złapać :)… też mega widok…
dużo tego lata

dzieci łapia insua

insua

insua nocą
Zrobiło się ciemno za oknami, to poszedłem spać… i tak pół siedząc, pół leżąc na workach z kapustą, trzymając jedną ręką żeby się nie zniszczył, mój bardzo cenny obraz, który dostałem od sióstr :) dojechałem ze wszystkimi do Mapanshya… było już po 21;)

W Lusace pogoda nam się udała, nie padało i w drodze powrotnej też nas oszczędziło. Rozpakowaliśmy się i do spanka;)

Jutro ostatni dzień w Zambii;) i pakowanie…

poniedziałek, 10 grudnia 2012

troszkę fotek

kościół zaczyna tonąć.. w zieleni
rain seson
kury się gonią :P
tak wyglada tutejszy transport
drogowy
transport rodzinny
transport kurczaka
dzieci noszą dzieci
a co to za zamek?
tak powstaje nowa termitiera
termitiera - rzut z góry
termity pracują
no przecież każdy o tym wie,
że ananas nie rośnie na drzewie :P
resztka wielkiego pająka